Info

To moje pierwsze przedsięwzięcie tego typu więc prosiłabym o dość łagodne komentarze, krytyka nie jest bynajmniej zła ale w ograniczonych ilościach i bez użycia wulgaryzmów. Treść może zawierać elementy yaoi więc jeśli komuś to przeszkadza niech grzecznie opuści tę stronkę bez pozostawiania zbędnych śladów. Wulgarne i obrażające właścicielkę, bądź innych użytkowników komentarze zostaną natychmiastowo usunięte.

czwartek, 10 marca 2011

Ciemność Samotności Part III

Wybaczcie opóźnienie, ale naprawdę brakuje mi czasu. Zarywam nocki nawet, gdy nie piszę. Dziś trochę krócej. Mam nadzieję, że mnie za to nie zabijecie.
Dziękuję za komentarze.

Ciemność Samotności
Part III


Niemożliwe. Przecież po śmierci swojego brata miał zamieszkać u wujostwa. Te nic nie wyrażające oczy rozpoznałbym wszędzie. Zresztą przez ten rok nie zmienił się zbytnio. Czarne włosy okalały jego twarz… Cholera. A chciałem go już nigdy nie zobaczyć. Nie słuchałem co mówili, świat jakby stanął w miejscu. Dotarły do mnie jedynie słowa, że jego kuzyn przeniesie się do tej klasy pod koniec tygodnia. Nauczyciel wskazał mu miejsce przede mną. Gdy się zbliżył nic nie świadczyło o tym, że mnie poznał. Jeny.. czy to naprawdę ten sam chłopak, który ze mną ćwiczył parkoura i breakdance’a?
- S-Sai? – spytałem niepewnie, gdy wypakował rzeczy. Spojrzał na mnie tymi beznamiętnymi oczami i posłał sztuczny uśmiech. Tak bardzo sztuczny, że aż zrobiło mi się żal. W końcu to moja wina, że został bez brata. Gdybym wtedy coś zrobił…
- Poznałeś mnie. – powiedział cicho. – Słuchaj Naruto. – spuścił wzrok. – Takie były zasady. – odwrócił się, gdy nauczycielka zaczęła prowadzić lekcję. Zastanawiałem się nad znaczeniem jego słów. Czyżby mi wybaczył? Nie. Przecież nawet sam sobie nie potrafię wybaczyć. Więc on… on po prostu zrzucił winę na te cholerne zasady, którymi kierowali się wszyscy… którymi ja się kierowałem.
Ukryłem twarz w dłoniach. Poczucie winy, tak silne, że aż paliło mnie od środka, wróciło ze zdwojoną siłą. Nigdy się go nie pozbędę. Zawsze będzie coś… coś, co przypomni mi o tym jak postąpiłem. Cały świat zamknął się w moim wnętrzu.. w tym czymś, co zmuszało mnie do odtwarzania tamtej sytuacji. Byliśmy nierozłączni. Zawsze…
- Hej Naruto! – czarnowłosy chłopak biegł w moim kierunku uśmiechając się szeroko. Ten uśmiech był prawdziwy… szczery. Za nim podążał jego niewiele starszy brat. Zawsze, gdy ich widziałem, byli razem. Napotkałem spojrzenie Shina. Prócz zwykłej goryczy do świata, widziałem w jego oczach iskierki szczęścia. Nic dziwnego. W końcu pomimo przeciwności losu mógł być ze swoim bratem. W ich towarzystwie czułem tylko lekkie ukłucie zazdrości. Ja nie miałem nikogo, dla kogo znaczyłbym cokolwiek. Oni mieli siebie.
Na mojej szyi uwiesił się czarnooki. Jego włosy połaskotały moją twarz wyrywając z ust cichy chichot. W sercu na nowo rozpaliła się radość.
- Cześć Sai… - odwzajemniłem uścisk. W tym świecie, gdzie granice się zacierają, posiadanie kogoś, komu można ufać, jest bezcenne. Ja miałem ich. Podniosłem wzrok i kiwnąłem głową. – Shin
Wyciągnąłem rękę, gdy zbliżył się na tyle by móc ją uścisnąć.
- Naruto. – To wystarczyło. Moje własne imię w jego ustach brzmiało jak zdanie: Nie jesteś sam. Uśmiechnąłem się szeroko. To był ten ostatni raz, gdy mój szeroki uśmiech był prawdziwy. Później stał się tylko maską.

- Naruto! – do mojej świadomości wdarł się krzyk Anko. Podniosłem rozkojarzony głowę, a w klasie rozległy się śmiechy. – Możesz mi powiedzieć, o czym mówiłam przez całą lekcję? – Pokręciłem przecząco głową. – Do dyrektora! – Jej głos podrażnił moje uszy. Chyba nigdy nie pojmę, jak można się tak drzeć stojąc kilka kroków od ucznia.
Spakowałem się. Wstałem i rzucając jeszcze jedno spojrzenie Saiowi, opuściłem klasę. Ze spuszczoną głową, pogrążony w ponurych myślach przemierzałem korytarze szkoły. Wychodząc zza zakrętu zderzyłem się nagle z jakimś człowiekiem. Wylądowałem na ziemi, w porę ustawiając ręce do podparcia się. Gdybym nie był rozkojarzony zapewne zachowałbym równowagę. Podniosłem wzrok przywołując na twarzy mój typowy głupawy uśmiech, który zrzedł mi, gdy tylko ujrzałem pochylającego się nade mną mężczyznę.
- Naruto? – brunet uniósł pytająco brwi i wyciągnął do mnie rękę, by pomóc mi wstać. Sory koleś, ale nie jestem jakąś sierotą! – miałem ochotę krzyknąć. Wstałem gwałtownie wpatrując się w człowieka, którego widziałem dziś rano. Czy ten człowiek mnie prześladuje? Rzuciłem mu wyzywające spojrzenie.
- Tak. A ty jesteś… - zamilkłem czekając, aż dokończy.
- Itachi Uchiha. – Uniosłem z zdziwieniu brwi. Ten Uchiha? Moja matka najwyraźniej trafiła na górę złota. Nie żebym popierał jej sposób zarobku. Co to, to nie! Ale…
- Miło poznać. – mruknąłem i wyminąłem go.
- Czekaj. – chwycił mnie za ramię. Wzdrygnąłem się. Nienawidzę, gdy ktoś mnie dotyka. Odwróciłem się z furią w oczach, a on puścił mnie uśmiechając się przepraszająco. Uspokoiłem oddech.
- Tak? – chciałem mieć tę rozmowę już daleko za sobą.
- Sai mi o tobie opowiadał. – zaciął się na chwilę, lecz zaraz uzupełnił. – Dopóki nie poznałem Kushiny, nie wiedziałem, kim jesteś.
Co? Sai… ale jak? – biłem się z myślami i nagle nastąpiło oświecenie.
- Jesteś jego kuzynem? – kiwnął potwierdzająco głową. To wystarczyło mi, bym stchórzył. – Wybacz, ale muszę już iść. Dyrektor mnie wzywa.
Odwróciłem się i biegiem ruszyłem przed siebie.

Zabiłeś go… Zniszczyłeś życie ludziom, którzy znaczyli dla ciebie najwięcej… powinieneś umrzeć… bez ciebie wszystko byłoby prostsze… oni by żyli… teraz egzystują!
Ciszę jaka zapadła, gdy wszedłem do klasy, można by kroić nożem. Próbowałem jak zawsze, uśmiechnąć się głupkowato, ale poczucie winy nie pozwalało mi na to. Ci, którzy nie pochodzą stamtąd co ja, zaskoczeni wpatrywali się we mnie. Czułem się jak małpa w zoo. Co mogłem im powiedzieć? Patrzcie, to właśnie moje prawdziwe oblicze?! Nie uwierzyliby. Zbyt dobrze grałem swą rolę każdego dnia. Śledziony uważnymi spojrzeniami wszystkich obecnych, dotarłem do swojej ławki. Powoli wypakowałem plecak i w ciszy zacząłem przepisywać znajdujący się na tablicy temat. Nawet nauczyciel patrzył na mnie dziwnie. Ja – uznawany za dziecko z ADHD, które nigdy nie przestaje przeszkadzać, które zawsze musi coś mówić, które jest największym utrapieniem pracowników tej szkoły – byłem cicho. Zachowywałem się jak zawsze… gdy jestem sam. W domu, na dzielnicy… wszędzie tam, gdzie nie ma oceniających mnie ludzi… zawsze byłem taki jak teraz.
Sai odwrócił się do mnie i zmierzył przenikliwym spojrzeniem. Wszyscy wokół czekali na możliwość podsłuchania. Chcieli przedstawienia, jakie odbywało się zawsze, gdy ktoś mnie zdenerwował. A denerwujące było właśnie takie patrzenie. Lecz oni nie wiedzieli. Nie zdawali sobie sprawy, że po prostu bałem się, iż ktoś pozna… pozna jaki jestem naprawdę. Przed Saiem nie musiałem udawać. On wiedział. Wiedział lepiej od kogokolwiek innego, jaki jestem.
- Naruto. – szepnął. Ten głos pozbawiony wcześniejszej sztuczności. Głos, jaki słyszałem dawniej. Głos tak podobny do głosu Shina. Mówiący – Nie jesteś sam. Ale jestem. Sam skazałem się na samotność.
- Przepraszam. – jęknąłem chcąc schować się gdzieś daleko stąd. Z dala od tych przenikliwych, przepełnionych bólem oczu. Oczu człowieka, który znaczył dla mnie więcej niż ktokolwiek inny. – Przepraszam.
Wybiegłem z klasy nie zważając na krzyki. Przepraszam Sai.
Zatrzymałem się przed szkołą. Co ja robię? Potrzebowałem zapomnienia, lecz zamiast tego wróciły wszystkie wspomnienia. Usiadłem pod drzewem i zamknąłem oczy.
-Naruto! Ty głupi bachorze, co ci mówiłam?! Miałeś zrobić ten cholerny obiad gówniarzu! Nie będę trzymać pod swoim dachem pasożyta! – Moja matka krzyczała na mnie, raz po raz uderzając pasem po odsłoniętej skórze pleców. Celowała w inne miejsce, ale alkohol najwyraźniej robił swoje. Miałem pięć lat, kuliłem się w rogu pokoju marząc jedynie o tym, by przestała.
-Mamuś. – jęknąłem, pomiędzy kolejnymi uderzeniami. – Nie zdążyłem… sprzątałem… - nim udało mi się skończyć zdanie, przerwała mi drąc się.
- Jak kurwa nie zdążyłeś! Nie tak cię wychowywałam, ty bezmyślny…

Pamiętam tą sytuację do dziś. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że matka nienawidzi mnie przez mojego ojca. Ci, którzy go znają, mówią, że jestem do niego bardzo podobny. Gdy się o tym dowiedziałem, nie potrafiłem dłużej czuć do mojej rodzicielki tego, co ona do mnie. To był dla niej cios. Zostać samej z dwuletnim dzieckiem. Z kimś, kto swoim wyglądem przypomina jej o mężczyźnie, który ją porzucił. Moje istnienie nigdy nie było mile widziane. Marzeniem wielu osób była moja śmierć. Jednakże chciałem żyć… wbrew wszystkiemu stawiałem kolejny krok. Lecz każdy następny zbliżał mój świat ku ostatecznej zagładzie. Jedyne co mogłem ofiarować, to smutek, ból i śmierć. Walczyłem z tym… nadal walczę, ale nie zmienię przeszłości. Nie zmienię tego kim jestem. Pozostaje mi tylko to zaakceptować. I choć jest ciężko… robię to. Akceptuję swoją złą i dobrą stronę, przeszłość i teraźniejszość, bo to dzięki temu jestem tym, kim jestem.
Dzwonek przerwał moje rozmyślania. Uczniowie raźnie opuszczali mury szkoły. Otworzyłem oczy i wyłapałem sylwetki trzech osób idących w moim kierunku. Kiba rozmawiał entuzjastycznie z Sakurą, a Ino szła obok udając, że nie zwraca na nich uwagi. Mimo to, wiedziałem, że przysłuchuje się uważnie ich rozmowie. Czy możliwe, że…
- Naruto! – Napotkałem spojrzenie Kiby. Uniosłem pytająco brwi zdając sobie sprawę, że to wystarczająca reakcja, by kolega zaczął mówić. Szatyn podał mi moją torbę i zaczął gorączkowo tłumaczyć. – Ten nowy powiedział, że tańczy break’a! Mówił, że z wielką chęcią się do nas przyłączy… i że namówi swojego kuzyna, bo ich poprzednia drużyna się rozpadła… - po tym zdaniu wyłączyłem się. Do cholery!
-Naruto? – Shin patrzył na mnie uważnie. – Wszystko w porządku? – Uśmiechnąłem się do niego uspokajająco. Oczywiście, że wszystko było dobrze. W końcu przy ćwiczeniach salta w tył każdemu może się zdarzyć, że uderzy głową o ścianę. Gdy ta myśl pojawiła się w mojej głowie, zacząłem się śmiać. Po chwili przyłączył się do mnie Sai, który na pewno pomyślał o tym samym. Tylko Shin - ten słodki, opiekuńczy Shin – nie wiedział o co nam chodzi.
Brunet powstrzymując kolejną falę śmiechu, tym razem wywołaną konsternacją brata, powiedział cicho.
- To jest zabawne. Trzeba mieć niezwykły talent, by po dwóch udanych próbach salta, zapomnieć, że jest się coraz bliżej ściany. – Po tym jakże niezwykle trafnym określeniu mojej inteligencji, śmialiśmy się już wszyscy. Nie miałem Saiowi za złe tego przytyku. Byliśmy niczym bracia, a rodzeństwo nie obraża się na siebie za drobne żarty.

- Naruto? – Głos Kiby wyrwał mnie macek wspomnień. Spojrzałem na niego zdekoncentrowany. – No nie wierzę! Ja się tu produkuję, a ty odpływasz. – udał obrażonego. – Mogłeś mi po prostu powiedzieć, że cię nudzę. – Sakura i Ino zaczęły cicho chichotać.
- Eeee… - zastanawiałem się co powiedzieć. – Sory stary! Po prostu się zamyśliłem. – Cała trójka obrzuciła mnie zdziwionym spojrzeniem, ale to szatyn krzyknął.
- Co zrobiłeś! – po chwili dodał udając niepokój. – Mam nadzieję, że nie czujesz się źle. Nie masz gorączki? Nie jesteś chory?
- Przestań. – Nadąłem obrażony policzki. – Jakbyś nie wiedział, ja też umiem myśleć.
- No właśnie nie wiedziałem. – to zdanie wywołało kolejną falę śmiechu, ale tym razem przyłączyłem się do nich. Więc jednak nie jestem sam. Uśmiechnąłem się w duchu.
- Czyli Sai dołączy do drużyny? - Szybkie kiwnięcie głową przez Kibę utwierdziło mnie w tym. Westchnąłem.
- Um.. Naruto? – Ino odezwała się nieśmiało. Spojrzałem na nią zdziwiony. Co jak co, ale nieśmiałość i Ino, to dwa różne światy. – Bo wiesz… - urwała. Uśmiechnąłem się do niej, by dodać jej odwagi. – Ja i Karin tańczyłyśmy trochę New Styl… Czy my…eee… - zająknęła się.
- Chciałybyście dołączyć? – Pierwszy raz zalała mnie niesamowita fala szczęścia. Gdy dojdą do nas Sai, jego kuzyn, Ino i Karin, będziemy mieć prawie pełen skład. Dziewczyna kiwnęła potakująco głową.
- Spytam się Karin, ale jestem pewna, że się zgodzi. – Uśmiechnąłem się szeroko.
- Ekstra!


poniedziałek, 28 lutego 2011

Złe wieści

Wybaczcie, ale dzisiaj nie ma nowej notki. Jak mówi tytuł przynoszę BARDZO złe wieści. Otóż z powodu zmiany szkoły zmuszona jestem do zaliczenia całego roku z trzech przedmiotów. I zapewne gdyby nie było w nich Niemieckiego, miałabym mnóstwo czasu. Niestety jest.
Bardzo mi przykro. Miałam zawiesić bloga do końca marca/kwietnia, gdy to wszystko zostanie zaliczone(bądź oblane). Doszłam jednak do wniosku, że to byłoby z mojej strony dosyć podłe. W takim więc razie w ciągu tych dwóch miesięcy notki BĘDĄ, ale dosyć rzadko.
Mimo wszystko mam nadzieję, że się na mnie nie obrazicie. Piszę, bo lubię. A jeśli nie zaliczę... Strach się bać.
Pozdrawiam Hilisme
Ps. Możliwe, że jeszcze w tym tygodniu, jeśli pomiędzy nauką (jutro mam kartkówkę z PO i angielskiego, w środę z Niemieckiego i Geografii, w czwartek z Fizyki i Matematyki, w piątek sprawdzian z WOS-u i Polskiego, do tego muszę napisać pięć wypracowań i jestem pewna, że pojawi się jeszcze więcej zadań domowych), dodam kolejną część CS, a w przyszłym SN.

piątek, 18 lutego 2011

Ciemność Samotności Part II

Jak zauważyliście wena się pojawiła, ale nie na Stracone Nadzieje. W tamtym opowiadaniu utknęłam w martwym punkcie i zastanawiam się co zrobić. Chwilowo nic sensownego nie przychodzi mi do głowy, więc wybaczcie.
Ciemność Samotności
Part II


Wszedłem do magazynu, w którym miałem urządzone swoje własne zaplecze. Przytargałem tam dawniej starą kanapę i stolik, który po naprawieniu jednej nogi okazał się bardzo stabilny. To miejsce było stworzone do odpoczywania po treningach. Jedyne drzwi jakie tam istniały wiodły do hali, która była o wiele większa niż hale sportowe w najlepszych liceach Tokio. Ściany pokryte graffiti oddawały duszę tego miejsca.
Spokój przerwało ciche skrzypienie drzwi, które wzmocnione niosącym się po magazynie echem, podrażniło swą częstotliwością moje uszy. Odwróciłem się by spojrzeć na sprawcę tego hałasu. Na progu stała przerażona dziewczyna, ta sama, która wcześniej oberwała od Ino. Byłem wściekły, że ktoś śmiał naruszyć mój azyl i nie miałem zamiaru tłumić tego w sobie. Nie liczyło się teraz, że jest nowa, w sumie taki fakt nigdy się nie liczył. Ma niezwykłe szczęście, iż trafiła na mnie. Inni zapewne by się z nią nie cackali. Zmierzyłem ją zimnym spojrzeniem.
- Czego tu szukasz? - patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami, sparaliżowana strachem. W bladym świetle księżyca ślady po łzach na jej policzkach błyszczały lekko. Poczułem ukłucie żalu. Zrozumiałem, że bez mojej pomocy ta dziewczyna nie wytrzyma tu zbyt długo. W tym miejscu, żyjąc po za granicami prawdziwego społeczeństwa, trzeba umieć sobie radzić. Ona nie potrafi i jeśli nikt jej tego nie nauczy, nie przeżyje. – Zadałem pytanie. Oczekuję więc odpowiedzi. – mój głos był jak brzytwa, lecz chcąc jej pomóc musiałem być brutalny. Inaczej nigdy nie zrozumiałaby tutejszych zasad. Byłaby zbyt słaba, by choć odmówić, a wtedy staczałaby się coraz niżej. Zaczęłoby się od narkotyków lub alkoholu, później sprzedawania ciała by zdobyć na to środki. Już nie raz patrzyłem na ludzi, którzy tak kończyli. Jest ich tu mnóstwo. Widzę ich każdego dnia i nigdy nie wyciągnąłem dłoni. Ta świadomość, że zawsze byłem jedynie obserwatorem…
- J-ja p-p-po prostu ch-chciałam gdzieś u-uciec. – jej głos przerwał mi rozmyślania. Miała ładny melodyjny ton, lecz jąkanie psuło cały urok. Miałem świadomość tego, że się mnie boi, lecz miałem także nadzieję, że kiedyś to się zmieni. Stanąłem przed wyborem, pomóc jej i znów złamać najważniejszą zasadę rządzącą tym światem, czy obojętnie patrzeć jak niszczy sobie życie. Przyglądałem się jej w milczeniu szukając odpowiedzi na pytanie: Czy warto jej to zrobić? Jej różowe włosy związane były w niewielki kucyk z tyłu głowy. Zielone oczy przepełniał strach i zrezygnowanie. Krótka spódniczka odsłaniała zgrabne nogi. Bluzka była tak mała, że odsłaniała połowę brzucha dziewczyny, jakby chciała zwrócić uwagę na kolczyk w pępku. Pokręciłem zdegustowany głową oceniając jej piersi na stanowczo za duże. Zatrzymałem wzrok na jej malinowych wargach, które obecnie drgały z przerażenia. Podjąłem decyzję. Wiedziałem, że mogę sporo stracić i niewiele zyskać, lecz nie chciałem zawsze patrzeć. Nie chciałem by ona kiedyś stała się matką i krzywdziła dziecko, tak jak moja matka mnie.
- Choć. – rzuciłem i wszedłem na halę. Zapaliłem światła. Dalej dziwiło mnie, że władze miasta wciąż wysyłają tu prąd. Pod przeciwległą ścianą stał sprzęt sprowadzony z jednej zamykanej siłowni. Środek sali był pusty służył mi jako parkiet do tańca. Oczywiście nie jakiegoś zwyczajnego, a breakdance’a. Miałem nadzieję stać się kiedyś sławny, pokazywać ludziom moje uczucia właśnie za jego pomocą. Taniec był dla mnie życiem. Tylko on dawał mi siłę by każdego dnia stawiać kolejny krok.
Ruchem głowy nakazałem dziewczynie iść za mną. W jej spojrzeniu zauważyłem podziw i coś na wzór tęsknoty. Różniła się ode mnie.. i to bardzo, ale łączyło nas coś, czego inni nie potrafili by pojąć – życie w świecie bez złudzeń. Zatrzymałem się przy półce ze sztangami. Za mną wisiał wycinek z gazety. 


Pragnąłem wziąć udział w tym konkursie. Niestety… nie miałem grupy, która walczyłaby razem ze mną. Spojrzałem na różowowłosą, której tęskny wzrok utkwiony był w skrawku gazety. Zacząłem się zastanawiać, czy dziewczyna potrafi tańczyć. W końcu pierwszy etap zaczyna się dopiero za dwa miesiące.
Gdybym tylko znalazł trochę osób…
- Jak się nazywasz? – spytałem kładąc się na ławce i zaczynając ćwiczyć ze sztangą. Przyszedłem tu na trening. Jeśli ona nie będzie mi przeszkadzać, może nawet ją polubię. Nie mam zamiaru zmieniać swoich planów dla jakiejś dziewczyny. Stop. Nie zmieniam ich dla nikogo.
- Sakura – powiedziała wyrwana z zamyślenia. Jej wzrok na nowo stał się przegrany. Jeśli nie znajdzie motywacji zbyt wiele straci. Skoro podjąłem decyzję, że jej pomogę, tak zrobię. Podniosłem się do siadu. Czemu nie? Spytać zawsze można.
- Umiesz tańczyć? – w jej spojrzeniu zabłysła determinacja. Coś na czym mi zależało. Skoro jest jeszcze coś, co kocha, nie wszystko stracone. Może ona również marzy o wzięciu udziału w „Holidance”? Przytaknęła mi ruchem głowy, a na jej twarzy na chwilę zagościł uśmiech. Zielone oczy rozbłysły przytłumioną przez świat radością.
- Tańczę New Style. – Uniosłem lekko w zdziwieniu brwi. Może rzeczywiście jeszcze nie wszystko stracone?

Jesteś zerem… nigdy nic nie osiągniesz… nawet się nie starasz… Żałosny dzieciak… głupek… biedak… Poddaj się i tak nie masz szans na zwycięstwo!
Do domu wróciłem nad ranem. Zdawałem sobie sprawę, że zdążę jedynie wejść, zjeść śniadanie i zmuszony będę wyjść do szkoły. Otworzyłem drzwi i od razu skierowałem się do kuchni, gdzie na blacie położyłem kupione wcześniej bułki. Zbliżała się szósta.
Skierowałem zamyślony wzrok w stronę okna. Jak zawsze obserwacja nieba pomagała mi ułożyć w głowie wszystkie myśli. Zastanawiałem się nad szansą, jaką zgotował mi los. Gdyby Sakura wzięła ze mną udział w konkursie i gdybym znalazł… Za dużo gdybania. Rzeczywistość jest zbyt podła, by marzenia się urzeczywistniły. Chmury leniwie płynęły po niebie. Zza horyzontu wyłaniało się słońce. Pragnienia, które zrodziły się, gdy pierwszy raz zobaczyłem tancerzy „Holydance”… większość z nich wywodzi się właśnie z takich miejsc. Westchnąłem. Od kiedy pamiętam trenuję właśnie dla spełnienia tego marzenia. Zamiast słowami wyrażam swoją egzystencję tańcem. Dwa miesiące… jeszcze nie wszystko stracone.
Wstałem gwałtownie i szybkim krokiem ruszyłem do mojego pokoju. Chwyciłem leżącą w rogu torbę. Przejrzałem raz jeszcze, czy na pewno spakowałem wszystkie książki. Zamknąłem drzwi i miałem właśnie zamiar opuścić ten dom, gdy drzwi do sypialni matki się otworzyły. Ujrzałem tego samego mężczyznę co wczoraj. Patrzył na mnie przenikliwie. Zaraz za nim wyszła moja rodzicielka. Obdarzyła mnie uważnym spojrzeniem.
- Kupiłeś śniadanie? – Padło z jej ust pytanie. Przytaknąłem ruchem głowy. Brunet zmierzył mnie w tym czasie oceniającym spojrzeniem. Było w nim coś niezwykłego, ale to, że wyglądał na bogatego, psuło cały mój osąd o nim. Tacy ludzie nie potrafią nas zrozumieć. Bo jeśli chce się kogoś poznać, trzeba przeżyć to co on. Tylko wtedy zapada nieme porozumienie. Machnąłem krótko ręką na pożegnanie i wybiegłem z domu. Najbardziej ze wszystkiego zaskoczył mnie fakt, iż mężczyzna był z moją matką całą noc. Byłem pewien, że sporo zapłacił za taką usługę. Jednakże nie potrafiłem pojąć, jak można przeliczać ciało na pieniądze. Przyzwyczaiłem się do tego, więc nie zaprzątałem sobie tym głowy. Umysł podświadomie bronił się przed niechcianymi sprawami.
Opuściłem klatkę. Rozejrzałem się dookoła i zacisnąłem mocniej ramiączka plecaka. Ruszyłem biegiem. Na mojej drodze nie było przeszkody, której bym nie ominął. Jak już wspominałem nauka parkour’a niejako poprawiła moją kondycję i wyczucie równowagi. Tchnięty jakimś irracjonalnym przeczuciem zatrzymałem się i odwróciłem patrząc na okna mojego mieszkania wychodzące na tą ulicę. Zdawało mi się, że w oknie mignęła mi twarz bruneta. Nie miałem pewności.
Gdybym miał do szkoły jechać autobusem zajęłoby mi to najwyżej trzydzieści minut. Jednakże z braku pieniędzy zawsze szedłem na piechotę. Idąc wolnym krokiem zajmowało mi to około półtorej godziny. Gdy biegłem skracałem ten czas do godziny. Był do dla mnie pewien codzienny rodzaj treningu kondycji, dlatego nie chciałem z niego rezygnować. Biegnąc mogłem skracać drogę, którą przebywał autobus. Po za tym odgłos moich butów uderzających o asfalt, przyspieszone bicie serca, krótki głośny oddech… to wszystko działało na mnie uspokajająco. Pozwalało oderwać się od otaczającego mnie świata.
(http://www.crunchyroll.com/parkour/episode-1-parkour-501374 polecam ten filmik, by łatwiej wyobrazić sobie jego drogę do szkoły)
Dotarłem pod bramę szkoły. Byłem zmęczony, ale zadowolony. Mimo, że nie wyróżniam się specjalnie w żadnej dziedzinie nauki, wychowanie fizyczne jest moim asem. Gdy wszedłem do szkoły miałem jeszcze dwadzieścia minut do dzwonka. Nieśpiesznie skierowałem się do szatni, gdzie dres zamieniłem na mundurek szkolny. Nigdy nie przepadałem za tym paskudztwem. Próbują nam wmówić, że nosząc takie same ubrania nie widać różnic w statusie społecznym. Gówno prawda. Bogaci przyjeżdżali tu własnymi samochodami, a seifuku mieli robione na zamówienie. Po za tym uczniowie chcąc podkreślić swoją „indywidualność”, bądź przynależność do jakiś grup, przerabiali ubrania na tyle, na ile pozwalał status szkoły. Niestety uczęszczając do szkoły państwowej dostrzegłem, iż nie był on zbyt surowy pod tym względem.
Tak więc założyłem długie zielone spodnie, na których wyszyłem kilka postaci wykonujących Backspiny, Handspiny, Headspiny, Swipes’y, Flare’y i inne figury wykonywane w breakdance’ie. By nie rzucały się zbytnio w oczy i nie przyciągały nieprzychylnych spojrzeń nauczycieli, użyłem czarnej i ciemnoniebieskiej nici. T-shirt i bluzę zamieniłem na białą koszulę pozostawiając nie zapięte trzy górne guziki. Chwyciłem plecak i niechętnie udałem się pod salę do matematyki. Jak zawsze, gdy tylko rzuciłem na ziemię plecak i opuściłem na nią ciężko tyłek, przede mną pojawił się Kiba.
- Masz zadanie? – Głupie pytanie. Jasne, że mam. Zawsze mam.. no prawie zawsze. Wyciągnąłem zeszyt do matematyki i podałem mu go bez zbędnych słów. Przywołałem na twarz głupkowaty uśmiech, którym zawsze raczyłem ludzi ze szkoły. Ósma dwadzieścia pięć. Przedstawienie czas zacząć.
- Co tam u ciebie? – Zajęty przepisywaniem po jednym podpunkcie z każdego zadania, dopiero po chwili zorientował się, iż pytałem jego. Zaśmiałem się głośno widząc jego nic nie rozumiejącą minę. Nie usłyszał, albo po prostu nie dotarł do niego sens wypowiadanych przeze mnie słów. – Pytałem co tam u ciebie.
- Aa.. nic.. w sumie jak zawsze. Rodzice się kłócą, który samochód kupić, siostra marudzi, że nie chce iść do tej samej wyższej szkoły średniej co ja… Zresztą nic nowego. – Wyszczerzył do mnie w uśmiechu swoje zęby. Chyba powinienem nadmienić, że Kiba jest synem jednej z najbogatszych osób w mieście. Lubię go tylko ze względu na fakt, iż nie ocenia ludzi po statusie majątkowym. Nagle wpadłem na genialny pomysł. Szatyn wspominał chyba kiedyś, że tańczy. Westchnąłem. Raz kozie śmierć.
- Stary mam pytanie. – spojrzał na mnie słuchając uważnie, co nie zdarzało mu się często. Chyba mój głos zabrzmiał zbyt poważnie. Nie mogę wychodzić z roli. W szkole uchodzę za wiecznie uśmiechniętego i zadowolonego z życia głupka, a głupek nie mówi poważnie tylko zawsze żartuje. – Tańczysz prawda? – potwierdził ruchem głowy zapewne zastanawiając się do czego zmierzam. – Jaki taniec?
- Elektro. – Wybałuszyłem na niego oczy. Tego się po nim nie spodziewałem. Gdyby udało mi się go namówić, brakowałoby jedynie jeszcze jakiś siedmiu osób. To zawsze o jedną mniej.
- Próbuję zebrać grupę do wystartowania w „Holydance”. – palnąłem na wydechu. Jego mina świadczyła o tym, iż głęboko się nad czymś zastanawia. Nie potrafiłem powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu. Intensywnie myślący Kiba to niecodzienny widok.
- A kto jeszcze jest w tej grupie? – zadał pytanie, którego nie chciałem słyszeć, aż do momentu znalezienia pełnego składu.
- W sumie to na razie ja i Sakura. Taka nowa dziewczyna, podobno będzie z nami chodzić do klasy. – Na jego twarzy pojawił się uśmiech.
- Oczywiście, że się przyłączę, ale potrzebujemy jeszcze co najmniej siedmiu osób. Wydaje mi się, że mógłbym poprosić dwójkę kolegów. Również tańczą Elektro. – Poczułem kiełkującą się we mnie nadzieję, że nie wszystko jeszcze stracone. Być może uda nam się wystartować jeszcze w tej edycji.
- W takim razie będziemy mieć trzy osoby tańczące elektro, jedną New style i jedną breakdance’a. – Wymieniłem.
- Na początek lepsze to niż nic. – powiedział rozentuzjazmowany. ( trudny wyraz)
Resztę rozmowy przerwał nam dzwonek, który rozległ się nagle boleśnie drażniąc zmysł słuchu. Odebrałem mu mój zeszyt i razem weszliśmy do klasy. Usiedliśmy jak zawsze w dwóch ostatnich ławkach. On po jednej stronie klasy, ja po drugiej. Nie żebyśmy sami się tak usadzili. Po prostu każdy nauczyciel nas tak poprzestawiał. To chyba nie moja wina, że lekcje są tak nudne, iż rozmowa z kolegą jest dużo lepszym zajęciem.
Po pięciu minutach niesamowitego hałasu, którego głównymi ośrodkami byłem wraz z Kibą. Zapanowała względna cisza, a do sali prócz podłej matematyczki Anko, wszedł nasz wychowawca. Wszyscy z zaciekawieniem czekali na informację, którą przyszedł nam przekazać. Wiadomo bowiem było, iż Kakashi nie spóźnia się jedynie, gdy ma do powiedzenia coś niezwykle ważnego. Chyba tylko Ino była tak pochłonięta malowaniem paznokci, że nie interesowała się sytuacją.
- Do naszej klasy dojdą dwie nowe osoby. – powiedział donośnym głosem siwowłosy. Dwie? Jak to dwie? Na pewno Sakura, ale kto jeszcze? Rzuciłem pytające spojrzenie Kibie zastanawiając się, czy wie może kim jest ta druga osoba. Odpowiedział mi jedynie wzruszeniem ramion. Zagryzłem wargę modląc się by nie był to kolejny snobistyczny dupek jakich pełno w tym liceum.
Drzwi do Sali powoli się otworzyły. Zauważyłem różowe włosy nowej znajomej, a za nią chłopaka i o mało nie spadłem z krzesła.